cqwe

cqwe

Nie wiem, czy to kwestia pogody, czy raczej stanu ducha, ale zauważyłem, że kawa w deszczowe dni ma inny smak. Nie jest to różnica w rodzaju ziaren, ekspresu czy mleka — to coś bardziej subtelnego. Jakby krople deszczu, stukając o parapet, nadawały jej nową nutę.

Deszcz ma w sobie coś z przycisku pauzy. Zatrzymuje ludzi, spowalnia świat, przypomina, że nie wszystko trzeba robić już teraz. I wtedy właśnie kawa staje się rytuałem — nie napojem na pobudzenie, ale pretekstem, by usiąść przy oknie i pomyśleć o rzeczach, które zwykle mijają niepostrzeżenie.

W takich chwilach dociera do mnie, jak bardzo tempo codzienności potrafi znieczulić. Biegniemy od zadania do zadania, od powiadomienia do powiadomienia, aż w końcu nawet smak kawy staje się tłem. A deszcz — paradoksalnie — przywraca zmysły.

Więc dziś, zamiast narzekać na pogodę, postanowiłem po prostu zaparzyć kawę, usiąść i słuchać, jak kapie świat. I wiecie co? To najlepszy napój, jaki piłem od dawna.